niedziela, 13 grudnia 2009

Johnny Marr is Dead

Jak zapewne widzicie po prawej stronie bloga pojawiła się ankieta. Możecie w niej głosować na najlepsze waszym zdaniem płyty mijającego roku. Oczywiście, jak się zapewne domyślacie, ze względów technicznych musieliśmy ograniczyć ilość propozycji i po ostrej selekcji wybraliśmy 24 najlepsze, naszym zdaniem, albumy mijających 12 miesięcy. Wiadomo oczywiście, że nie zadowolimy wszystkich i każdy z was znajdzie zaraz coś czego w zestawieniu brakuje. Zależało nam jednak na tym żeby nominować płyty, które wielokrotnie gościły na naszym blogu i w audycji oraz wywołały pewne poruszenie wśród fanów dobrej muzyki.
Propozycje od elektroniki po metal i od Antypodów po Żoliborz. Zatem wszystko w waszych rękach i palcach (jakkolwiek perwersyjne skojarzenia wywołuje to stwierdzenie :P) i głosujemy.
Wyniki ogłosimy w ostatniej w tym roku, poświątecznej audycji, 27 grudnia kiedy to posłuchamy zwycięzców i powspominamy to co pamiętamy z często nietrzeźwego roku 2009.

Photobucket

Pora na kolejną niespodziewajkę. W najbliższych dniach na naszym blogu pojawi się świąteczny konkurs, którego zwycięzca dostanie od nas zestaw wydanych w zeszłym roku płyt. Od razu uprzedzam pytania nie będzie tam Them Croocked Vultures, Morning After Girls i Black Ryder;)
Konkurs będzie zapewne wymagać inwencji twórczej, ale nie trzeba będzie wysyłać esemesów z odpowiedzią na pytanie: „Jak ma na imię Piotr Bujnowski?”
Zatem bądźcie czujni bo kto pierwszy ten lepszy.

No i na koniec playlista z dzisiejszej audycji, która jak się okazało wyszła nam dość punkowo. Ja szczególnie polecam bliższe zapoznanie się z greckim Sound Explosion.

Playlista (13.12.2009)
1. The Horrors "Count in Fives"
2. Damn Laser Vampires “I Wanna Be an Old Bitch”
3. The Black Stars “Wasted in Numbers”
4. The Black Stars “Alright Baby”
5. Fungi Girls “Kowloon Walled City”
6. Fungi Girls “Clouds”
7. The Rapture “Notes”
8. Astrosoniq “Play it Straight”
9. The Sound Explosion “The S.ex. in Outer Limits”
10. The Sound Explosion “You’d Better Shake it Right Now”
11. The Sound Explosion “Watch Yourself”
12. The Sound Explosion “She’s Sorry”
13. Majic Ship “Life’s Lonely Road”
14. The Assemble Head In Sunburst Sound "The Slumbering Ones"
15. Johnny Marr and The Healers “Caught Up”

PS. Jak myślicie czyją trasę koncertową promował plakat ozdobiony zamieszczoną powyżej grafiką. Odpowiedzi w komentarzach. Stawiam piwo osobie, która wymieni 2 z 3 zespołów.

sobota, 12 grudnia 2009

The devil may care (mom and dad don't)

O tym, że Black Rebel Motorcycle Club wracają w przyszłym roku do Europy wie już chyba każdy fan zespołu. Jakieś dwa tygodnie temu ogłosili datę premiery najnowszego albumu "Beat The Devil's Tattoo" (a właściwe daty: 8 marca dla Wielkiej Brytanii, Europy, Japonii, Australii; 9 marca dla Stanów Zjednoczonych i Kanady; 16 marca dla Niemiec*) oraz szczegóły wiosennej trasy koncertowej. I tak, po dokładnym objechaniu USA od Zachodniego do Wschodniego Wybrzeża, w kwietniu trafią na Wyspy Brytyjskie, a w maju zawitają do Niemiec. Bliżej Polski chyba już nie będą, dlatego jeśli ktoś odczuwa niedosyt po tegorocznym koncercie BRMC w Gdańsku (nazwę festiwalu już lepiej przemilczmy), to powinien szybko rozejrzeć się za jakimś tanim połączeniem do Berlina, Monachium, Hamburga... (co kto lubi):
2 maja - Hamburg, Markthalle
3 maja - Kolonia, Essigfabrik
4 maja - Berlin, Postbahnoff
5 maja - Monachium, Backstage Werk
Oczywiście, można tez wybrać się np. do Wiednia (17 maja), tak jak planuje to zrobić część ekipy z polskiego forum BRMC.
Możliwości jest wiele, ale to jeszcze nie koniec atrakcji!
Ostatnio Anton Newcombe w komentarzu do jednego ze swoich klipów na myspace zdradził, że są już daty europejskiej trasy koncertowej The Brian Jonestown Massacre! I rzeczywiście, niedługo potem info przeciekło na forum, a teraz już zostało oficjalnie potwierdzone na profilu myspace zespołu. I teraz najlepsza część, czyli miejscowości najbliższe Polsce:
4 maja - Monachium, 59:1
6 maja - Berlin, Magnet
Czyli przy odrobinie wysiłku, organizacji i wkładu finansowego (czytaj: zaczynamy oszczędzać już teraz!), można zafundować sobie kilkudniową wycieczkę do kraju naszych zachodnich braci i załapać się na koncerty obu kapel! TAAAAAAK! Od wczoraj stało się to moim priorytetowym celem do zrealizowania. Tym bardziej, że BJM trzeba wreszcie zobaczyć na żywo. Szczególnie, że w składzie koncertowym znajdują się Matt Hollywood, Joel Gion i Ricky Rene Maymi (tak, ten co zagrał na płycie The Black Ryder). Brakuje chyba tylko Willa Carruthersa. Cena biletów też dość śmieszna: 14,90 euro. Przecież to ok. 60 zł. W Warszawie taki koncert kosztowałby pewnie 85-95 zł.
Tak więc teraz pozostaje tylko wybór: Berlin czy Monachium? Jak się na coś zdecydujemy, to damy znać ;)

* Jeśli ktoś umie mi wytłumaczyć, czemu w tym zestawieniu Niemcy nie zaliczają się do Europy, to proszę zostawić komentarz pod postem.

P.S. Tak, zgadzam się, że sesja fotograficzna promująca nowy album i trasę koncertową BRMC jest średnio udana. Wszyscy wyglądają, jakby byli po bardzo ciężkich przejściach:

piątek, 11 grudnia 2009

To get behind this sun and cast this weight...

AIR, WE FELL TO EARTH - 10.12.2009 - ARENA URSYNÓW, WARSZAWA

Do Areny Ursynów jechałem w niefajnym nastroju i z dość negatywnym nastawieniem. W sumie miałem się tam wybrać z moją stałą towarzyszką koncertową i współtwórczynią tego bloga, ale w ostatniej chwili okazało się, że z powodu jej choroby muszę sobie szukać nowego kompana na imprezę. Na pomoc jak zawsze zgłosił się koncertowy wyjadacz Roberto jednak nie zmieniło to faktu, że do tej pory żałuję, że nie było tam osoby z którą muzyka AIR kojarzy mi się najbardziej.
Połączona ekipa SaDD i Warsaw Calling dotelepała się na miejsce tuż przed godziną 20. Akurat starczyło nam czasu na pogadanie ze znajomymi, szybkie i niedrogie piwko oraz ogarnięcie sytuacji. Ludzi mało, obiekt kulturalny (taki w stylu fajniejszego Torwaru, a atmosfera na korytarzu jak w Kongresowej), merch ubogi, ale w przystępnych cenach.
Zaczęło się punktualnie (wiem, że to się nie zdarza, ale jednak) o 20 kiedy to na Ursynowską scenę wkroczyło We Fell To Earth czyli nowy projekt znanego z Unkle Richarda File’a. Poza nim w zespole gra (znana również ze współpracy z Unkle oraz z płyt Marka Lanegana) Wendy Rae Fowler oraz totalny bębniarski wyrzynacz, do którego imienia niestety nie mogę się dokopać, ale wielki respekt za to co wyprawiał. Trio zagrało krótki typowo rozgrzewający półgodzinny set. Sześć piosenek i do domu. Jednak taka mała ilość numerów wystarczyła, żeby stwierdzić, że oto objawiła się nowa gwiazda muzyki alternatywnej. Czegoś tak niesamowitego nie słyszałem w wykonaniu supportu od dawna. Myślę, że gdyby kapela była bardziej znana to tylko na jej występ waliłyby tłumy. Mrok, elektronika, trans, psychodelia, psychodelia i jeszcze raz psychodelia. Co ciekawe, znane mi z płyty typowo elektroniczne kawałki na żywo zabrzmiały wręcz rockowo. Skończyło się stwierdzeniem, że główna gwiazda staje przed trudnym zadaniem przeskoczenia poziomem swoich gości.
Chwilę przed 21 francuskie trio zainstalowało się na scenie i jazda. Zaczęli od otwieraczy z nowej płyty, czyli taki standardowy początek koncertu promującego świeży materiał. Po kolei usłyszeliśmy: „Do The Joy”, „Love” i „So lights…”. No i niestety rozczarowanie. Spodziewałem się trzęsienia ziemi, a tu wszystko brzmi jakoś płasko. Kompletnie brak tej przestrzeni, którą słychać jest na płytach. W głowie liczę ścieżki. Wszystko się zgadza, może poza drobnymi przeszkadzajkami. Dziwne naprawdę, zastanawiam się o co chodzi. Kolejne piosenki z nowej płyty nie rozwiewają wątpliwości. Jedynym pozytywem jest punkowe, a zarazem cieplutkie brzęczenie krótko wybrzmiewającego basu. Dopiero przy "Venus" panowie się ogarnęli. Wtedy to właśnie coś zaskoczyło i rozpoczęło się totalne zniszczenie. Wraz z pierwszymi dźwiękami z "Talkie Walkie” Francuzi zabrali nas w podróż. Tak jak na ich wszystkich albumach była to wyprawa do taniego, ale zrobionego z klasą filmu erotycznego z lat 70. Wszystko zaczęło pływać w delikatnym elektronicznym Korgowym sosiku, wokale nagle ogarnęły całą sale, a gitara akustyczna brzmiała tak, że nie chciało mi się wierzyć w brak playbacku. Był jazz, była klasyczna elektronika, no i był rock. Sporym zaskoczeniem było to, że zapowiedź, którą przeczytałem w jednej z gazet okazała się prawdziwa. Miejscami kapela brzmiała naprawdę mocno i rockowo. Gdyby dorzucić do tego przester, to… to by się zepsuło klimat, więc już nie gdybam. Właśnie klimat był w czwartkowy wieczór najważniejszy. Nawet kiepskiej miejscami akustyce i słabemu początkowi nie udało się go zepsuć. Przez ponad godzinę w sportowej hali zapanowała duszna i gorąca atmosfera jak z jakiegoś małego klubu odległego o tysiące kilometrów i kilkadziesiąt lat.
Poza prezentacją nowego album „powietrze” przejechało się przez klasyki ze wszystkich albumów. Najwięcej było oczywiście z kultowego „Moon Safari” z entuzjastycznie przyjętymi „Kelly…’ i „Sexy Boy” na czele. Mnie najbardziej ucieszył mój ukochany „Radian” i „How Does it Make You Feel” z "10 000 Hz Legend". Ogólnie koncert życzeń z jednym (wywoływanym zresztą z publiki) niespełnionym „All I Need”, ale wiadomo, że wszystkiego nigdy nie zagrają.
Jedynym zgrzytem był brak kogoś o kim wspomniałem na początku. Mam nadzieje, że przyjadą ponownie bo musisz to zobaczyć:)

niedziela, 6 grudnia 2009

You may be a lover but you ain't no dancer


Mikołajkowe wydanie audycji Sunday at Devil Dirt... Z tej okazji "Jingle Bells" i "White Christmas" w kilkudziesięciu różnych interpretacjach. Wszak nadchodzi najpiękniejszy okres w roku: czas pojednania, zadumy, refleksji, miłości i pokoju. Czas, który należy spędzić w rodzinnym gronie... Bla bla bla...

Playlista (06.12.2009):
(podajemy profile myspace mniej znanych zespołów)
1. Steve Kilbey "Outbound"
2. Woven Hand "Truly Golden"
3. Girls "Lust for Life"
4. Girls "Life in San Francisco"
5. The Shadows of Knight "The Behemoth"
6. Blur "Tender"
7. Marbles "In Your Face" (uwaga! epka zespołu do ściągnięcia za darmo z myspace'a ich wytwórni Sonic Infusion Records)
8. Comanechi "My Favourite Shoes"
9. Frankie Rose/Frankie and the Outs "Thee Only One"
10. Frankie Rose/Frankie and the Outs "Hollow Life"
11. IO Echo "Addicted" (tak, to ta pani na górze, mniam mniam)
12. Siouxsie & the Banshees "Helter Skelter"
13. Bigott "Afrodita Carambolo"
14. Bigott "She Is My Man"
15. IO Echo "I'm on Fire"

Tu jeszcze okładka płyty Bigotta, która mnie tak urzekła:

piątek, 4 grudnia 2009

If we could fall

THE BLACK RYDER "BUY THE TICKET, TAKE THE RIDE" (2009)



Kiedy w listopadzie w sieci pojawiły się utwory z płyty Them Crooked Vultures, Mike i Robert już się jarali, że oto nadeszła “płyta roku”. Ja natomiast tylko hamowałam ich zapał mówiąc: „poczekajcie aż dostaniemy płytę The Black Ryder w swoje ręce”. I rzeczywiście trzeba było chwilę poczekać, bo płyta ukazała się w Australii na początku zeszłego miesiąca, a do reszty świata, nie mówiąc o Polsce, chyba w ogóle nie dotarła (jeśli się mylę, proszę o sprostowanie). Na szczęście, istnieją jeszcze życzliwi ludzie na tym świecie (big respect dla earwaxcandles) i wreszcie dorwaliśmy się do upragnionego dzieła.
Na albumie znalazło się 11 piosenek: 6 starszych, znanych nam dobrze z dema, które jeszcze jakiś czas temu zamieszczone było na profilu myspace zespołu oraz 5 zupełnie nowych kompozycji. Najpierw może o tych starszych utworach: zostały one trochę zmodyfikowane, zmasterowane i, niestety przy tym wszystkim również „wygładzone”. Co to znaczy? Jak dla mnie, straciły one swoją surowość, garażowość i dzikość, która tak mnie urzekła i sprawiła, że swojego czasu słuchałam ich na okrągło (spróbujcie nabić ponad 200 odtworzeń na last.fm słuchając sześciu, utworów i mając je jeszcze na odtwarzaczu mp3). Wcześniejsze wersje brzmiały jakby Aimee i Scott po prostu nagrali je na setkę w garażu i bez specjalnej kosmetyki wrzucili do sieci. Wersje albumowe wydają się przy nich „wymuskane”. Są za to na pewno wzbogacone o parę elementów: np. w „Sweet Come Down” pojawia się harmonijka nagrana nie przez kogo innego jak Petera Hayesa z BRMC, w „Grass” dodano klawisze, w „Let It Go” wymiksowano i spowolniono wokale… Nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że te innowacje im zaszkodziły. Zapewne gdybym w ogóle nie znała pierwotnych wersji, to bym w ogóle na to nie zwróciła uwagi. W końcu „Grass” nadal powala swoja energią (tytuł wraz z głównym riffem sprawiają, że gdy tego słucham, czuję słońce na skórze) a „Sweet Come Down” nie straciło nic ze swojej seksowności. O pozostałych 4 piosenkach też nie można powiedzieć, że zostały zepsute. Zapewne więc moje delikatne zastrzeżenia to tylko kwestia przyzwyczajenia ucha.
Co do nowości, to tutaj już nie muszę oceniać przez pryzmat innych wersji, bo ich po prostu nie było (przynajmniej nie zostały udostępnione do odsłuchania). I całe szczęście, bo mogę się nimi po prostu cieszyć i zachwycać - a jest czym. Spokojne, subtelne „Outside” to wspaniały moment wyciszenia po „Grass”. Zresztą, dość krótki moment, bo potem wracamy do rockandrollowej jazdy bez trzymanki: „Gone Without Feeling” i „What’s Forsaken” to chyba najmocniejsze momenty na całym albumie. Natomiast całość kończy „Rise”, nachalnie kojarzący mi się z Jesus And Mary Chain albo z pierwszą płytą The Brian Jonestown Massacre. Oba porównania świadczą jednak tylko o klasie The Black Ryder - w końcu jak już cytować, to przecież tylko mistrzów!
Jedyne moje zastrzeżenia znowu dotyczą produkcji: żałuję, że wokal Aimee nie jest bardziej słyszalny. Aimee ma piękny głos, należałoby go zatem wręcz wyeksponować, a nie chować na siłę pod warstwą instrumentów. Z tego też wynika kolejny minus: przy tak ukrytym wokalu, trudno rozróżnić słowa piosenek, dlatego też nie przywiązuje się zbytniej uwagi do tekstów. Trochę szkoda, bo coś mi mówi, że kryją się tam prawdziwe perełki.
Podsumowując: wszystkie piosenki są utrzymane neo-psychodelicznej i garażowej stylistyce z domieszkami shoegaze’u. Właściwie nie ma elementów nie pasujących, czy zaniżających poziom. Idealny dobór i kompozycja. To jedna z tych płyt, których można słuchać w kółko i nawet nie zauważa się, gdzie ona się kończy a gdzie zaczyna, bo wszystko ze sobą tak wspaniale pasuje i współgra. Utworom nie można też odmówić przebojowości, ale daleko, bardzo daleko im do komercji. Taką płytę powinni wydać w tym roku The Morning After Girls. Ale, jak widać, ich była koleżanka z zespołu zrobiła to za nich. Jak dla mnie, zdecydowany kandydat na płytę roku. Sorry, ale przekombinowane i chaotyczne Them Crooked Vultures do mnie nie przemawiają, szczególnie gdy mogę posłuchać prostych, garażowych, narkotycznych, hipnotyzujących, urzekających i seksownych (Aimee!) piosenek The Black Ryder.

wtorek, 1 grudnia 2009

Dark Stuff

RELACJA Z KONCERTU YANNA TIERSENA W STODOLE (30.11.2009)

Yann Tiersen to artysta, który nas nieustannie zaskakuje. Gdy parę lat temu wszyscy myśleli, że przyjedzie grać utwory z „Amelii”, on udowodnił, że gra wszystko OPRÓCZ utworów z „Amelii”. A jeśli już pojawiał się jakiś motyw z tego filmu, to przerobiony na wersję rockową. Gdy wszyscy myśleli, że już wiedzą, jak wyglądają koncerty Tiersena, on przyjechał na występ z zespołem Orka i zagrał na instrumencie skrzypcopodobnym produkcji ręcznej. A potem news: Yann wraca do Polski, lecz tym razem bez Orki, tylko ze swoim zespołem. I tu już wszyscy myśleli (a na pewno myślałam tak ja), że usłyszą coś w stylu koncertówki „On Tour” wydanej w 2006 roku. Ale skąd, publiczność czekała kolejna niespodzianka.
Od razu zaznaczę, że nie jestem małą, nieświadomą dziewczynką, która oczekiwała melodyjnego akordeonu i pianina rodem z „Amelii” (choć nie miałabym nic przeciwko, w końcu dzięki Tiersenowi akordeon przestał istnieć w mojej świadomości jako atrybut wąsatego wuja po paru głębszych na weselu). Tak jak napisałam, spodziewałam się czegoś na wzór poprzednich koncertów Yanna w Stodole. Czyli muzyki gitarowej, momentami punkowej, momentami folkowej, ale ogólnie rockowej. Właśnie: rockowej, a nie… post-rockowej.
Już pierwszy numer troszkę mnie zdziwił właśnie tą post-rockowością. Ściana dziwnych dźwięków, w tym głośne gitary i jeszcze głośniejsza perkusja (która potem jakoś została stłumiona, na szczęście), uderzyła nagle w publiczność. Po utworze wprowadzającym, usłyszałam ukochane „La Terrasse”, ale też w trochę innej wersji niż dotychczas. Tak samo „Le Quartier” zostało zmodyfikowane: nie rozumiem co tam robiła nachalna i przytłaczająca perkusja: bębny są dopuszczalne (na płycie „Le Phare” Tiersen użył tam-tamów), perkusja zdecydowanie nie! Dobrze, że w „Sur le Fil” nie pojawiły się żadne innowacje: utwór zagrany przez Yanna na skrzypcach solo jak zwykle zrobił niesamowite wrażenie! Z kolei już „Kala” straciła sporo, bo gdzieś przepadła cała subtelność oryginalnej wersji. Ja rozumiem, że Elizabeth Fraser nie może jeździć w każdą trasę z Tiersenem, ale nie bardzo widzę sens grania tego właśnie utworu bez partii wokalnych. Na plus za to wypadły „Le Train” - uwielbiam tę jego radosną folkowość! – oraz luźna adaptacja motywu z „Amelii”, czyli w tym przypadku walc na mocne gitary.
Co do nowych utworów, które jednak przeważały na koncercie (wiosną przyszłego roku ma ukazać się nowy album „Dust Lane”), to na razie mnie nie przekonały. Szczerze mówiąc, zawsze wolałam jak Yann śpiewał po francusku (chociaż sama wstydziłam się potem do niego zagadać w jego ojczystym języku i oczywiście odezwałam się po angielsku, udając, że wcale nie studiuję romanistyki:P), a tu, jak na złość, zdecydował się śpiewać po angielsku. Trudno, w końcu np. takie „Monochrome” też jest po angielsku i jakoś mnie to nie razi. Problem więc tkwił w czymś innym. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że te nowe „śpiewane” utwory (w odróżnieniu od „instrumentalnych”) są trochę patetyczne i takie… pościelowe (no bo o czym niby jest takie „Fuck me”?). Do tej pory piosenki Yanna bywały słodkie, sentymentalne, nostalgiczne, folkowe – i na tym polegał ich urok, ale nigdy patetyczne! Trochę się teraz boję tej nowej płyty, ale jednocześnie jestem bardzo ciekawa, czy moje podejrzenia się potwierdzą.
To nie jest tak, że koncert mi się nie podobał i że całość mnie rozczarowała. Po prostu może byłam zbyt przywiązana do stylu Tiersena, który znałam do tej pory. Wydaje mi się, że orientując swoją twórczość w bardziej post-rockowe tereny, może stracić coś, co stanowiło o jego wyjątkowości i niesamowitości. I nie chodzi mi o to, żeby nagrywał wciąż takie same płyty, ja rozumiem, że każdy artysta ma potrzebę rozwoju, zmian, itp., tylko żałuję, że ta ewolucja przebiega w kierunku, który mi się mniej podoba.
Jeszcze uwaga na temat wykorzystanych instrumentów podczas koncertu: całemu zespołowi należy się szacunek za ogarnianie tak licznego sprzętu w tylko 5 osób. I wielkim zaskoczeniem była Christine Ott, która tym razem nie tylko wydobywała te wszystkie „pozagrobowe” dźwięki z fali Martenota, ale również zagrała partię na cymbałkach, ukulele, a także śpiewała!

Po koncercie tradycyjnie mieliśmy okazję pogadać chwilkę z Yannem (wiedziałam, że się pojawi!) i mogę potwierdzić, że nadal jest najbardziej uroczym i sympatycznym człowiekiem na Ziemi, pod tym względem nic się nie zmieniło od ostatniego koncertu w Stodole.

Setlista:

(tak, nie ma tam "Sur le Fil", a na koncercie było na 100%)

"Sprawdźcie co się dzieje w Obiekcie"

Cała prawda o indie:


Biedny. Przedtem załamał go rozpad Oasis, a teraz jeszcze Jadłodajnia spłonęła...

niedziela, 29 listopada 2009

She's got the kind of good look

Dzisiejszą audycję (wydłużoną o godzinę ze względu na absencję Tomasza Staszewskiego) planowaliśmy poświęcić relacjom z trzech koncertów, które widzieliśmy w zeszłym tygodniu. Oczywiście plany nie zostały zrealizowane do końca...
O koncercie Editors już pisaliśmy, więc nie było sensu więcej dyskutować na temat tego wydarzenia, tym bardziej, że w innych mediach powiedziano już o tym wszystko. Dlatego zdecydowaliśmy się na emisję wywiadów, które przeprowadziliśmy z zespołami The Spouds i The Vinyl Stitches.
Od pierwszej ekipy wyciągnęliśmy informacje na temat ich planów koncertowych, wrażeń po premierze epki oraz samopoczucia po goleniu wąsów. Całość ozdobiliśmy fragmentem koncertu, który zarejestrowaliśmy w CDQ.
Photobucket
Druga część audycji podporządkowana została, całkiem spontanicznie, muzyce garażowej. Poza emisją wspomnianego wywiadu z londyńczykami polecieliśmy z selekcją najbardziej kultowych numerów z historii rocka garażowego. Impulsem do tego była wypowiedź członków The Vinyl Stitches, którzy podczas wywiadu bardzo ubolewali nad tym, że coraz mniej zespołów inspiruje się prawdziwym rootsowym rockiem i na siłę wygładza brzmienie. No i w ten oto sposób audycja podsumowująca dwa bardzo ciekawe koncerty spontanicznie przerodziła się w przegląd oldskulowych przebojów sprzed ponad 40 lat.

Playlista (29.11.2009):
1. The Black Ryder "What's Forsaken"
2. Japandroids "Wet Hair"
3. UK Subs "Cyberjunk"
4. The Spouds ? (live @ CDQ)
5. The Spouds "Oil Station" (live @ CDQ)
6. The White Stripes "The Air Near My Fingers"
7. The Phantoms "Brother Jay"
8. The Trashmen "Surfin' Bird"
9. Beacon Street Union "Mayola"
10. The Vinyl Stitches "Beautiful Mistake"
11. The Vinyl Stitches "Panther Sex"
12. The Sonics "Boss Hoss"
13. The Vinyl Stitches "Runaway Baby"
14. The Von Bondies "No Regrets"
15. The Subways "Turnaround"
16. Electric Prunes "I Had Too Much to Dream (Last Night)"
17. The Music Machine "Talk Talk"
18. The Stooges "Gimme Danger"
19. Love "A House is Not a Motel"
20. The Black Ryder "Outside"

PS. Jeszcze raz dzięki za wczoraj dla The Phantoms, The Vinyl Stitches, Warsaw City Rockers i Wall to Wall!

Panther sex

Do Obiektu przybyliśmy ok.19, żeby zarejestrować wywiad z The Vinyl Stitches i w związku z tym musieliśmy przeczekać próby obu zespołów (co było dość zabawnym doświadczeniem kiedy się wie, że nie trzeba się tym razem z tym wszystkim użerać;) Po zarejestrowaniu wywiadu i luźnych rozmowach z obydwoma zespołami musieliśmy naprawdę długo czekać na początek występów. W końcu około godziny 22 na scenę klubu wkroczyli jedni z organizatorów imprezy czyli The Phantoms. Widziałem ich już wcześniej dwa razy, słyszałem EP i w sumie wiedziałem na 100% czego się spodziewać. Było rock’n’rollowo, psychodelicznie i transowo. Było garażowo, 60’s-owo i surfowo. Było genialnie. Kapela się ograła i nie chodzi mi tylko o coraz mniejszą ilość pomyłek i kiksów, która podczas tego show ograniczona była do minimum. Widać, że po prostu gdzieś znikły już trema i spięcie. „Fantomy” powoli zaczynają się bawić na scenie i coraz lepiej potrafią wciągnąć w tą zabawę publikę. Podobały mi się też innowacje i nowości. Grzegorz zaopatrzył się w kaczkę i było to zdecydowanym strzałem w przysłowiową 10. Gitara brzmiała jak żywcem wyjęta z debiutu The Stooges. Ciekawym pomysłem było też zaproszenie na scenę basisty zespołu Rotofobia, który uświetnił swoimi partiami parę piosenek. Niestety bass to nie jest to co muzyce The Phantoms jest koniecznie potrzebne. Prawdziwą rewolucję wprowadziły dopiero obsługiwane przez tego samego człowieka klawisze. Brzmiały mega oldskulowo i szkoda tylko, że były dość kiepsko nagłośnione bo dewastowały maksymalnie nadając wszystkiemu Seedsowego brzmienia. Jeśli mamy powtarzać ten featuring to poproszę odwrócić proporcje ilości klawiszy do basu, dziękuję. Poza numerami znanymi z wcześniejszych występów i całym materiałem z EP ekipa najbardziej zniszczyła mnie numerem „Phantom” (mistrz improwizacja) i wykonanym już we trójkę coverem „Surfin' Bird” (mistrz!!!).

Setlista:


Po krótkiej przerwie na scenę wkroczyli specjalni goście z Londynu czyli ekipa The Vinyl Stitches. I znowu wiedziałem, że będzie dobrze, ale nie wiedziałem, że aż tak. Trio po prostu rozniosło klub. Proste, rockowe, inspirowane poprzednią epoką numery pokazały, że współczesne indie gwiazdki gówno wiedzą o prawdziwym rocku, a z garażem mają wspólnego tyle, że parkują tam samochód. Nie było dyskusji, gadania tylko jazda i do przodu. Fajnie, że nawet te proste z założenia numery grupa udoskonalała fajnymi improwizowanymi zabawami z dźwiękiem. Ciszy nie było nawet w momencie drobnej awarii gitary. Kiedy Fantomsi pomagali na scenie przygotować nowe wiosło sekcja z Londynu zarzuciła zajebistym mega wyluzowanym jamem. I taki był cały ten koncert: nieskrępowany, spontaniczny, czadowy i właśnie wyluzowany. W trakcie myślałem sobie, że tak by brzmieli The Subways czy Von Bondies gdyby nie związali się z wytwórnią i cięgle grali po prostu dla zabawy.







A to my bardzo zadowoleni w objęciach boskiej Sam :)





Starczy tego. Jutro w audycji będzie więcej: sam zespół opowie wam o swoich ambicjach, inspiracjach i upodobaniach muzycznych. Słuchajcie od 18:30. Idę spać.

piątek, 27 listopada 2009

We don't spy

POSTCORE GALORE, CDQ, 26.11.2009

W czwartkowy wieczór w CDQ zebrały się trzy zespoły, które uparci wielbiciele szufladek sklasyfikować by mogli jako post hardcore. Max Weber, The Spouds i Setting The Woods on Fire, dla tych ostatnich był to koncert wieńczący krótką trasę promującą ich debiutanci materiał.
Chybionym pomysłem okazało się zorganizowanie tego gigu w Centralnym Domu Qltury. Miejsce niby w centrum, trochę na uboczu(pomiędzy centrum handlowym a cmentarzem) i w sumie z całkiem niezłym klimatem, ale rozmiary sali głównej i znikoma ilość krzesełek zdecydowanie in minus. Na plus zakaz palenia w dużej(choć mówienie duża to spory komplement) sali.
Przybyliśmy dość wcześnie, bo chcieliśmy zarejestrować krótkie rozmowy z poszczególnymi kapelami (co z tego wyszło usłyszycie w naszej najbliższej audycji), no i niestety w związku z tym na występ pierwszego zespołu musieliśmy czekać prawie dwie godziny.
Max Weber zaczął ok. 21. W sumie za bardzo nie wiedziałem czego się mam spodziewać po tym koncercie. Tymczasem okazało się, że panowie zdecydowanie dają radę. Co prawda ich muzyka jest dość prosta i przyzwyczajony do słuchania jakiś dziwnych kombinacji byłem na początku dość rozczarowany. Okazało się jednak, że zespół zdecydowanie nadrabia przebojowością. Kawałki takie jak „We don’t spy” czy zaśpiewany po polsku numer od razu właziły do głowy i aż się prosiły o oprawę w postaci solidnego moshpitu. Szkoda, że pomimo sporej energii aranżacje były zagrane strasznie delikatnie. Odrobina (a nawet spora ilość) jazgotu, zgrzytów i agresji jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a wprost przeciwnie. Z tej muzyki może wyjść coś naprawdę dzikiego i nieokiełznanego jeśli tylko ekipa zdecyduje się na taki krok. Kolejny koncert pokazał, że ludzie potrzebują czegoś takiego.

Po triu pod wezwaniem znanego socjologa przyszła pora na popisy „gniewnych dzieci stołecznego underu”. Spoudsów widziałem na żywo już po raz chyba piąty i mogę tylko napisać, że z koncertu na koncert jest coraz lepiej. Wciąż słychać niedociągnięcia techniczne, ale jest ich coraz mniej. Spusty opanowały jednak inną bardzo ważną sztukę. W końcu nauczyli się balansować dynamiką utworów. Publiczność zgromadzona w CDQ co chwila była wpuszczana w szalone pułapki kiedy to po spokojniejszych fragmentach musiała zderzyć się z przerażającą, noisową ścianą gitar. Widać, że takie „oszukiwanie”, zwodzenie i igranie z publiką to jest to co zespół lubi najbardziej. Mnie najbardziej zniszczył psychodeliczny moment w „Crisis” kiedy po zaledwie dwóch taktach odpoczynku maszyna przyśpieszyła. Inne dobre momenty koncertu? Zdecydowanie meeeeeega przebojowe „Running with scissors”(kolejny po piosence Maxa numer, który chodził mi po głowie przez cały wieczór) oraz nowe kompozycje, które pokazują, że debiutanckie EP to już inna historia, a kapela się rozwija. Zdecydowanie fenomen na krajowej scenie.
Spoudsi skończyli swój występ po 22, a my niestety śpieszyliśmy się do domu w związku z czym po raz kolejny ominął nas występ Setting The Woods On Fire. Na szczęście do końca dotrwał Robert i opis ciągu dalszego wieczoru znajdziecie na Warsaw Calling.
Więcej na temat koncertu oraz wywiady z zespołami usłyszycie w najbliższą niedzielę w naszej audycji.