RELACJA Z KONCERTU YANNA TIERSENA W STODOLE (30.11.2009)
Yann Tiersen to artysta, który nas nieustannie zaskakuje. Gdy parę lat temu wszyscy myśleli, że przyjedzie grać utwory z „Amelii”, on udowodnił, że gra wszystko OPRÓCZ utworów z „Amelii”. A jeśli już pojawiał się jakiś motyw z tego filmu, to przerobiony na wersję rockową. Gdy wszyscy myśleli, że już wiedzą, jak wyglądają koncerty Tiersena, on przyjechał na występ z zespołem Orka i zagrał na instrumencie skrzypcopodobnym produkcji ręcznej. A potem news: Yann wraca do Polski, lecz tym razem bez Orki, tylko ze swoim zespołem. I tu już wszyscy myśleli (a na pewno myślałam tak ja), że usłyszą coś w stylu koncertówki „On Tour” wydanej w 2006 roku. Ale skąd, publiczność czekała kolejna niespodzianka.
Od razu zaznaczę, że nie jestem małą, nieświadomą dziewczynką, która oczekiwała melodyjnego akordeonu i pianina rodem z „Amelii” (choć nie miałabym nic przeciwko, w końcu dzięki Tiersenowi akordeon przestał istnieć w mojej świadomości jako atrybut wąsatego wuja po paru głębszych na weselu). Tak jak napisałam, spodziewałam się czegoś na wzór poprzednich koncertów Yanna w Stodole. Czyli muzyki gitarowej, momentami punkowej, momentami folkowej, ale ogólnie rockowej. Właśnie: rockowej, a nie… post-rockowej.
Już pierwszy numer troszkę mnie zdziwił właśnie tą post-rockowością. Ściana dziwnych dźwięków, w tym głośne gitary i jeszcze głośniejsza perkusja (która potem jakoś została stłumiona, na szczęście), uderzyła nagle w publiczność. Po utworze wprowadzającym, usłyszałam ukochane „La Terrasse”, ale też w trochę innej wersji niż dotychczas. Tak samo „Le Quartier” zostało zmodyfikowane: nie rozumiem co tam robiła nachalna i przytłaczająca perkusja: bębny są dopuszczalne (na płycie „Le Phare” Tiersen użył tam-tamów), perkusja zdecydowanie nie! Dobrze, że w „Sur le Fil” nie pojawiły się żadne innowacje: utwór zagrany przez Yanna na skrzypcach solo jak zwykle zrobił niesamowite wrażenie! Z kolei już „Kala” straciła sporo, bo gdzieś przepadła cała subtelność oryginalnej wersji. Ja rozumiem, że Elizabeth Fraser nie może jeździć w każdą trasę z Tiersenem, ale nie bardzo widzę sens grania tego właśnie utworu bez partii wokalnych. Na plus za to wypadły „Le Train” - uwielbiam tę jego radosną folkowość! – oraz luźna adaptacja motywu z „Amelii”, czyli w tym przypadku walc na mocne gitary.
Co do nowych utworów, które jednak przeważały na koncercie (wiosną przyszłego roku ma ukazać się nowy album „Dust Lane”), to na razie mnie nie przekonały. Szczerze mówiąc, zawsze wolałam jak Yann śpiewał po francusku (chociaż sama wstydziłam się potem do niego zagadać w jego ojczystym języku i oczywiście odezwałam się po angielsku, udając, że wcale nie studiuję romanistyki:P), a tu, jak na złość, zdecydował się śpiewać po angielsku. Trudno, w końcu np. takie „Monochrome” też jest po angielsku i jakoś mnie to nie razi. Problem więc tkwił w czymś innym. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że te nowe „śpiewane” utwory (w odróżnieniu od „instrumentalnych”) są trochę patetyczne i takie… pościelowe (no bo o czym niby jest takie „Fuck me”?). Do tej pory piosenki Yanna bywały słodkie, sentymentalne, nostalgiczne, folkowe – i na tym polegał ich urok, ale nigdy patetyczne! Trochę się teraz boję tej nowej płyty, ale jednocześnie jestem bardzo ciekawa, czy moje podejrzenia się potwierdzą.
To nie jest tak, że koncert mi się nie podobał i że całość mnie rozczarowała. Po prostu może byłam zbyt przywiązana do stylu Tiersena, który znałam do tej pory. Wydaje mi się, że orientując swoją twórczość w bardziej post-rockowe tereny, może stracić coś, co stanowiło o jego wyjątkowości i niesamowitości. I nie chodzi mi o to, żeby nagrywał wciąż takie same płyty, ja rozumiem, że każdy artysta ma potrzebę rozwoju, zmian, itp., tylko żałuję, że ta ewolucja przebiega w kierunku, który mi się mniej podoba.
Jeszcze uwaga na temat wykorzystanych instrumentów podczas koncertu: całemu zespołowi należy się szacunek za ogarnianie tak licznego sprzętu w tylko 5 osób. I wielkim zaskoczeniem była Christine Ott, która tym razem nie tylko wydobywała te wszystkie „pozagrobowe” dźwięki z fali Martenota, ale również zagrała partię na cymbałkach, ukulele, a także śpiewała!
Po koncercie tradycyjnie mieliśmy okazję pogadać chwilkę z Yannem (wiedziałam, że się pojawi!) i mogę potwierdzić, że nadal jest najbardziej uroczym i sympatycznym człowiekiem na Ziemi, pod tym względem nic się nie zmieniło od ostatniego koncertu w Stodole.
Setlista:

(tak, nie ma tam "Sur le Fil", a na koncercie było na 100%)