KAISER CHIEFS, TRIBES, TRANSFER, 23.11.2011, STODOŁA
Fajne są takie koncerty, na które idzie się spontanicznie i przypadkowo, a potem jako totalna niespodzianka kandydują one do miana jednej z imprez roku. Wiem, że zdradzam zakończenie, ale to nie Hitchcock, ani teatr sensacji, tylko blog muzyczny.
W środowy wieczór Kaiser Chiefs udowodnili kilka rzeczy, ale zanim to zrobili, obejrzeliśmy supporty.
O 20 na scenę wtoczył się zespół Transfer, który odwiedził Stodołę już po raz drugi w tym roku. Nie widzieliśmy ich, kiedy grali przed cudownymi Crocodiles i żałosnymi White Lies, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Amerykanie mają już chyba sporą rzeszę polskich psychofanek bo pomimo małej frekwencji momentami można się było poczuć jak na koncercie gwiazdy. Muzycznie po raz kolejny w tym miesiącu trafiliśmy na dziwny mash-up gatunkowy. Trochę indie, trochę liryki jak w Editors, trochę bluesa, trochę chóralnych refrenów, sporo improwizacji i przesterów. Konia z rzędem, albo pół litra temu, kto dokładnie przydzieli im odpowiednie pudełeczko w muzycznym katalogu. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół trzeba przerobić, bo po raz kolejny okazuje się, że mikroklimat San Diego sprzyja dobrym kapelom.
Jakieś czterdzieści minut później zagrał drugi support. Byłem zajarany, bo Tribes w lutym supportować mają Metronomy na ich brytyjskiej trasie. Zachwyty skończyły się po pierwszej piosence. Mdłe, mało przebojowe indie sprawiło, że z koncertu zapamiętaliśmy tylko stylówę wokalisty, który celował tego dnia gdzieś między Petera z BRMC a Roberta z The Cure, oraz to, że basista podobny był do Yannisa z Foals. Jak chcecie iść z nimi do łóżka to ok, ale nie puszczajcie ich albumu w trakcie.
Jak to zwykle bywa, nic nie zapowiadało burzy, która miała nadejść za jakiś czas. Stodoła wypełniona w jakiejś 1/3, zimne piwko w fajnych kuflach, które, o dziwo, wbrew typowym krajowym zasadom higieny, są myte i chyba stworzone po to, żeby wracać częściej do klubu.

basista Tribes, sobowtór (przynajmniej z daleka) Yannisa z Foals
Petarda na początek w postaci "Everyday I Love You Less and Less" pozwoliła ogarnąć się dopiero gdzieś w okolicach "Little Shocks". Po tych piosenkach wiedziałem już, że ktoś odrobił lekcje z historii brytyjskiego rocka i porządnie nasłuchał się bangerów The Who. Energia jaka biła ze sceny była dokładnie tym, co większość kapel chyba zgubiła w ostatnich latach. Nie było żadnej mowy o blichtrze i pioseneczkach dla fanek MTV2, było z kopyta i do przodu. Ledwie się ocknęliśmy, a już cała (1/3?) sala śpiewała "Ruby". Te kilkaset pięknych młodych fanek mogło w tym momencie rywalizować z prawie każdą krajową publiką koncertu heavymetalowego.
Wszystko rozkręciło się jeszcze bardziej się pod koniec, kiedy Ricky dał się totalnie ponieść emocjom i poza dickinsonowskim łażeniem po rusztowaniach wybrał się na spacer na balkon, na którym skończył śpiewać "Take My Temperature". Na bisie też zobaczyliśmy coś, czego Stodoła dawno nie widziała. Potencjalne ustawianie się do wall of death skończyło się wykonaniem "Oh My God" wśród klęczącej publiki. Dopiero w momencie kiedy tłum zaczął zbiegać się jak mrówki na środku sali było widać w jak kameralnej imprezie braliśmy udział. To tym bardziej przesądziło o tym, że występ Kaiser Chiefs można zamiast tego elaboratu określić jednym słowem „rozpierdolili” i z czystym sumieniem typować do top występów mijającego roku.


perkusista Kaiser Chiefs żywcem wyjęty z lat 60.
Zdjęcia: Fila Padlewska
W środowy wieczór Kaiser Chiefs udowodnili kilka rzeczy, ale zanim to zrobili, obejrzeliśmy supporty.
O 20 na scenę wtoczył się zespół Transfer, który odwiedził Stodołę już po raz drugi w tym roku. Nie widzieliśmy ich, kiedy grali przed cudownymi Crocodiles i żałosnymi White Lies, ale co się odwlecze, to nie uciecze. Amerykanie mają już chyba sporą rzeszę polskich psychofanek bo pomimo małej frekwencji momentami można się było poczuć jak na koncercie gwiazdy. Muzycznie po raz kolejny w tym miesiącu trafiliśmy na dziwny mash-up gatunkowy. Trochę indie, trochę liryki jak w Editors, trochę bluesa, trochę chóralnych refrenów, sporo improwizacji i przesterów. Konia z rzędem, albo pół litra temu, kto dokładnie przydzieli im odpowiednie pudełeczko w muzycznym katalogu. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół trzeba przerobić, bo po raz kolejny okazuje się, że mikroklimat San Diego sprzyja dobrym kapelom.
Jakieś czterdzieści minut później zagrał drugi support. Byłem zajarany, bo Tribes w lutym supportować mają Metronomy na ich brytyjskiej trasie. Zachwyty skończyły się po pierwszej piosence. Mdłe, mało przebojowe indie sprawiło, że z koncertu zapamiętaliśmy tylko stylówę wokalisty, który celował tego dnia gdzieś między Petera z BRMC a Roberta z The Cure, oraz to, że basista podobny był do Yannisa z Foals. Jak chcecie iść z nimi do łóżka to ok, ale nie puszczajcie ich albumu w trakcie.
Jak to zwykle bywa, nic nie zapowiadało burzy, która miała nadejść za jakiś czas. Stodoła wypełniona w jakiejś 1/3, zimne piwko w fajnych kuflach, które, o dziwo, wbrew typowym krajowym zasadom higieny, są myte i chyba stworzone po to, żeby wracać częściej do klubu.

basista Tribes, sobowtór (przynajmniej z daleka) Yannisa z Foals
Petarda na początek w postaci "Everyday I Love You Less and Less" pozwoliła ogarnąć się dopiero gdzieś w okolicach "Little Shocks". Po tych piosenkach wiedziałem już, że ktoś odrobił lekcje z historii brytyjskiego rocka i porządnie nasłuchał się bangerów The Who. Energia jaka biła ze sceny była dokładnie tym, co większość kapel chyba zgubiła w ostatnich latach. Nie było żadnej mowy o blichtrze i pioseneczkach dla fanek MTV2, było z kopyta i do przodu. Ledwie się ocknęliśmy, a już cała (1/3?) sala śpiewała "Ruby". Te kilkaset pięknych młodych fanek mogło w tym momencie rywalizować z prawie każdą krajową publiką koncertu heavymetalowego.
Wszystko rozkręciło się jeszcze bardziej się pod koniec, kiedy Ricky dał się totalnie ponieść emocjom i poza dickinsonowskim łażeniem po rusztowaniach wybrał się na spacer na balkon, na którym skończył śpiewać "Take My Temperature". Na bisie też zobaczyliśmy coś, czego Stodoła dawno nie widziała. Potencjalne ustawianie się do wall of death skończyło się wykonaniem "Oh My God" wśród klęczącej publiki. Dopiero w momencie kiedy tłum zaczął zbiegać się jak mrówki na środku sali było widać w jak kameralnej imprezie braliśmy udział. To tym bardziej przesądziło o tym, że występ Kaiser Chiefs można zamiast tego elaboratu określić jednym słowem „rozpierdolili” i z czystym sumieniem typować do top występów mijającego roku.


perkusista Kaiser Chiefs żywcem wyjęty z lat 60.
Zdjęcia: Fila Padlewska

1 komentarze:
:)
koncert mega, a o frekwencji zadecydowały chyba głownie cena (?!) i pewnie dodatkowo środek tygodnia.
a kto nie był ten... no :).
Prześlij komentarz