
BLOUSE "BLOUSE" (2011)
Zespołowi Blouse można spokojnie przypiąć „dreampopową” etykietkę. Mają ładne i smutne melodie, a każdą minutę ich debiutanckiego albumu przepełnia tęsknota za czymś nieosiągalnym.
Przyglądając się formie, można stwierdzić, że jest to tęsknota za tym, co minęło. Całość brzmi, jakby została nagrana 30 lat temu i zdążyła się zużyć od częstego słuchania. To trochę tak jak ze zdjęciami polaroidowymi, które wyglądają jakby zostały spacjalnie „postarzone”. Z kolei początek utworu „Videotapes” przywodzi na myśl chwile, gdy puszczamy winyl z nieodpowiednią prędkością obrotów. Nie każdy ma adapter, ale każdy powinien wiedzieć, o co chodzi. Nawet sama okładka sugeruje odniesiena do lat 80. (mmm, różowa pościel!).
Przyglądając się bliżej wartswie lirycznej, już nie możemy być tak pewni przedmiotu tej tęsknoty. W utworze "Time travel" Charlie Hilton śpiewa przecież: „I Was in the future yesterday, but now I’m in the past”, w „Firestarter” z kolei "Let's forget about the ceiling, it's just made of stone".
Podróże w czasie, wolność, “lover I never kissed”… Niezależnie od tematyki, tęsknota i melancholia towarzyszą nam w każdym utworze. Chillowe klawisze, mechaniczny rytm oraz wokal hipnotyzujący uszy potęgują to wrażenie. Co ciekawe, mamy tu również momenty wręcz gotyckie, np. „They Always Fly Away” oraz cure’owe jak w “Fountains Rewind”, gdzie słychać organy i potężne bębny. Jest pięknie.
Patrząc globalnie, to jednak dziwny album. Nie ma tu klasycznego „openera” ani „zamykacza”, piosenki nie układają się w konsekwentną całość, a ich kolejność wydaje się zupełnie przypadkowa. Pierwsza połowa jest pełna dobrych momentów, wystarczy wymienić choćby wspomniane już „Firestarter”, romantyczne „Into Balck”, które swojego czasu katowałam w kółko, czy mroczne „They Always Fly Away”. Potem niestety robi się trochę monotonnie, a głos Charlie, który najpierw oczarowuje, z czasem staje się męczący.
Nie oznacza to, że trio z Portland nagrało kiepski album. Po prostu tak bardzo kibicowałam im na etapie samych singli i tak bardzo czekałam na długogrający materiał, że moje oczekiwania rozrosły się do monstrualnych rozmiarów. Czekałam na płytę roku 2011, a dostałam płytę „tylko” z pierwszej dziesiątki.
0 komentarze:
Prześlij komentarz