
B-REAL, 28.11.2011, Warszawa, 1500m2
zacznijmy od tego, że jestem dzieckiem 'black sunday' przez co cały hip-hop południowo-zachodnio-amerykański rozpatruję przez pryzmat tej płyty. a zaczęło się wszystko w dzieciństwie gdzie to w starej jettcie otwieraliśmy z wujkiem szyberdach i napieraliśmy, w tej chwili już, amerykańskie klasyki, zjarane bity snoopa czy cypress hill. jeszcze teksty wujeczka: 'wiesz, ta płyta jest strasznie skopcona, dużo jarali jak nagrywali' . a ja-dziecko tylko wchłaniałam wiedzę jak gąbka. poprzez snoopa 'doggy style' doszliśmy do 'black sunday' całkiem płynnie. jak też i było na koncercie, tylko, że zamiast snoopa był support. psycho realm dali popis mistrzowski, jedno ale: nagłośnienie. już myślałam, ze się nie poprawi, na szczęście się myliłam.
na koncert poszłam sama myśląc, że cały ludzki świat spotkam w środku. okazało się, że ludzie zamulili i nie było całego potencjału jakiego można by się spodziewać po legendzie b-reala i psycho realm. jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. przynajmniej nie było chamówy i przepychanek z dwumetrowymi damskimi bokserami, jakich spotkałam w zeszłym roku w krakowie [*]. wracając do wrażeń: jak sądziłam tak się nie zawiodłam. meksykańscy ludzie grali raczej repertuar ze starych produkcji co mi bardzo odpowiadało. co prawda nie znałam wszystkich tekstów, w przeciwieństwie do typa za mną, co nie zmieniło mojego entuzjastycznego podejścia do imprezy i ogólnego, bardzo dobrego, nastroju być może wynikającego z hasz komory, która powstała z przestrzeni 1500. w zasadzie to mam wrażenie, że na samym b-realu nie było nic nowego. bawiłam się świetnie, krzyczałam, skakałam, robiłam zdjęcia i tyle. legendę dzieciństwa zobaczyłam? zobaczyłam. tylko trochę za krótko to trwało, niecałą godzinę. elo!
Tekst: Olga Jareniowska
0 komentarze:
Prześlij komentarz